Dziwny to kraj, do którego już dotarł Armanii, ale kolory ciągle mają problem żeby przekroczyć jego granicę. Powodów do tego Armenia ma aż za dużo. Z Zachodu zamknięta granica z Turcją, ze Wschodu z Azerbejdżanem. Można "bezproblemowo" dostać się tam z zaprzyjaźnionego Iranu, ale brak granicy z Rosją uniemożliwia bezposredni kontakt z drugim sojusznikiem. Co więcej, jesli ktos z Armenii chce dostac się do kraju Wielkiego Brata, musi jechać najpierw do Gruzji (która ma zamknięte przejscie z Rosją), stamtąd do Azerbejdżanu i w końcu na ziemie rosyjskie. Kaukaz to labirynt, a odnalezienie się w nim przekracza wszelkie granice.
Polityka Armenii w stosunku do kolorowych turystów też nie jest zbyt różowa. Wiza kosztuje 50$, przy wyjeździe drogą powietrzną trzeba zapłacić prawie drugie tyle "podatków". W przeciwieństwie do Gruzji, która nie wymaga od nas żadnych haraczy.
Vilija z Litwy, wolontariuszka European Voluntary Service, która pracuje ze starszymi ludźmi i w sierocińcu w Yerevanie, narzeka też na inny problem.
-Przed przyjazdem do Armenii myslałam, że ten kraj potrzebuje pomocy i tak też się okazało na miejscu. Ale ciężko pomóc komus, kto tej pomocy nie chce i nie chce się zmieniać.
Szaro, sowiecko buro i ponuro - takie wrażenie ma się zwiedzając Yerevan. Dodać do tego jeszcze 'biednie' i można wyobrazić sobie ormiańskie wsie. Ale nie można zapomnieć też o przysłówku 'pięknie', 'zielono' i 'tajemniczo', gdy wyjedzie się poza miasto. A i w samej stolicy wystarczy zmienić nastawienie, pójsć na bazar, napić się taniej wódki i zmienić kolor widzenia.
Laura z EVS ujęła to w ten sposób:
- Kiedy przyjechałam do Yerevanu, ok, wydawało się ponuro. Ale kiedy odwiedziłam Tbilisi i porównałam te miasta, pomyslałam, że jest naprawdę źle. A później własnie przyszło mi do głowy, że Yerevan jest przez to... wyjątkowy. Bo ile jest stolic, które mogłyby się reklamować pewnie tylko przez wiele odcieni szarosci?