Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

sobota, lipca 09, 2011

Svalbard/Spitsbergen








(wszystkie zdjęcia robione analogiem canon eos3000v)

Na razie bez komentarza, bo wciąż go szukam.


czwartek, czerwca 23, 2011

Tymczasem nad wodą...

 ...warszawska plaża


...sopockie molo

...plaża w Gdańsku

...leniuch też w Gdańsku


...i jeszcze raz Sopot.

Wychowana na Podkarpaciu, każde lato swojego dziecięctwa spędzałam w Bieszczadach. Teraz mieszkając w Warszawie organicznie tęsknię za górami, ale kiedy tylko widzę morze, cieszę się jak dziecko.

Jutro za to zaczyna się jedna z większych przygód życia łącząca morze, góry i jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. Zakwalifikowałam się na Arctic Climate Training organizowany przez British Council. Wiąże się to z tym, że lecę do Oslo, a stamtąd na Spitsbergen, gdzie przez ponad tydzień będę mieszkać na statku i uczyć się o Arktyce i jej klimacie razem ze specjalistami z UNEP GRID/Arendal.

Spełnia mi się właśnie jedno z najwięszkych marzeń i nie wiem po prostu jak sobie z tym poradzić.


North Horizon - dance film preview from Thomas Freundlich on Vimeo.

niedziela, czerwca 19, 2011

Belgijskie nie-rządy



Manneken pis z widokiem na WC. Tutaj goły, ale na różne okazje jest przebierany - ja trafiłam na love parade. 

Miasta zaprojektowane pod urzędników nie mogą być specjalnie ciekawe - to samo mówi się najczęściej też o stolicach. Oficjalna i sztywna Bruksela nie zachęca żeby w niej dłużej zostać. Z drugiej strony, kiedy pomyśli się o sytuacji politycznej Belgii, to jest to sceneria jednej z najbardziej absurdalnych i ciekawych oper mydlanych w Europie (jeśli nie szerzej). W lutym Belgowie protestowali na ulicach przeciwko politykom, którzy przez cały rok nie potrafili się dogadać sformułować rządu. "Rewolucja frytek" (french fries revolution) odbyła się z udziałem młodych ludzi skrzykniętych głównie przez Facebooka. Nie zabrakło udziału tych flamandzkich Belgów z północy i tych południowych walońskich (mówiących po francusku), pomiędzy którymi toczy się spór grożący rozpadem państwa. Demonstracje nie przyniosły żadnych skutków oprócz tego, że Belgowie pokazali, że potrafią mieć też poczucie humoru i dystans do siebie. Ludzie na ulicach, gdzie rozdawano darmowe frytki (Belgowie uważają je za swoją narodową 'potrawę' - podobnie jest wafle, czyli gofry), paradowali w bieliznie i na znak protestu ogłosili, że do dnia ustanowienia rządu nie będą uprawiać seksu, golić bród, a w damskiej wersji nóg. Raczej długo nie wytrzymali, chociaż rządu wciąż nie ma, ale mało kto się tym przejmuje. 

Bez rządu belgijskie czekoladki są tak samo smakowite.

W końcu Belgia świetnie poradziła sobie z Prezydencją w Radzie UE w 2010 r. i Belgowie sami się chwalą, że przegonili już dawno Irak w nowoczesnej historii świata w rządzeniu bez rządu. "Wreszcie mistrzowie świata", "Belgia ma rząd. A nie, tylko żartowałem" to jedne z setek grup na Facebooku, gdzie Belgowie sami się z siebie nabijają. Jedna z bardziej aktywnych "Belgium doesn't exist" wymienia wszystkie argumenty, że nie ma dylematu w dyskusji "być albo nie być", bo Belgia tak naprawdę nigdy nie istniała i jej nie ma. Obok historycznych teorii spiskowych, że to kraj stworzony tylko na potrzeby UE, która ma przecież promować współpracę i jedność, jest też: pokażcie mi chociaż jeden film, w którym Jean Claude van Damme, największy belgijski gwiazdor, nie mógłby być hologramem. 

wtorek, kwietnia 26, 2011

Błękit paryski




ë analogowo i  cyfrowo î .



W styczniu kilka dni spędziłam w Paryżu, wyjazd służbowy, więc czasu mało. Na szczęście mieszkałam blisko Centrum Pompidou, gdzie nie dość, że mogłam zobaczyć świetną wystawę o moderniźmie, w tym projekty Le Corbusiera, to jeszcze muzealna księgarnia się sezonowo wyprzedawała. Wróciłam więc cięższa nie tylko o sery i wino. Oh oh gdyby u nas "domy-maszyny do mieszkania" wyglądały tak jak paryskie kamienice. Tak naprawdę to znowu nie wiem co konkretnego napisać o tym mieście, znowu wyjeżdżałam z myślą, że fajnie byłoby wgłębić się w nie trochę bardziej. 

niedziela, września 12, 2010

Miejsce i przestrzeń końca lata


Jak trzeba być małym żeby usłyszeć głos biedronki? Jak długo trwa teraz? Lody pistacjowe czy kawowe? Która godzina? Gdzie jest serwis popsutych zegarów biologicznych? Jak po szyi drapie się żyrafa na stepie? Dlaczego włosy rosną a rzęsy nie? Czy to już czas żeby być dużą?
Takie pytania śniły mi się w noc swoich ćwierćwiecznych urodzin. Półtorej godziny przed północą przyszedł na świat mały siostrzeniec Samuel Felix Kuhn, będąc najlepszym prezentem z możliwych.

Obudziłam się w akademiku Uniwersytetu Jaen, gdzie uczyłam się o prawie kosmicznym i telekomunikacyjnym. Razem z ekspertami z ESA i ONZ, w grupie 40 osób z trzech kontynentów, zastanawialiśmy się nad prawnymi aspektami wysyłania przedstawicieli ludzkości w kosmos, przestępstwami popełnianymi na księżycu, stawianiem flag narodowych na innych planetach i wieloma innymi kosmosami podczas ok. 40 wykładów w ciągu dwóch tygodni.
Poranek urodzinowy zaskoczył mnie trudniejszym pytaniem, którego nie wyśniłam tamtej nocy:


GPS wskazywałby na Jaen, hiszpańską Andaluzję. Historia wyszukiwarki na Bałkany i kraje Bliskiego Wschodu, które były bohaterami naszego grupowego projektu o rozminowaniu tych regionów za pomocą satelitów. Zapisane strony Worda, karta biblioteczna i Google Books na pogranicze miejsca 3D z miejską cyberprzestrzenią (magisterka). Natomiast wykrywacz myśli powiedziałby... Warszawa?

Wiele osób podczas tych dwóch tygodni pytało się co warto zobaczyć w Warszawie nie-latem. Odpowiedź dla osób, które niespecjalnie spędzają czas w kawiarniach i miejscach martyrologii oraz nie są fanami architektury modernizmu, była trudna. Dodatkowo sms-y od znajomych: 'Nie wracaj, tu już okres jesiennej chandry rozpoczęty'. To miasto ma dużo fajnych miejsc, a nie ma dużo fajnej publicznej przestrzeni. Obiektywnie rzecz biorąc, ubogą krewną Berlina będzie Warszawa pewnie za kilka lat.

Chandra News, znalezione w obserwatorium astronomicznym Universidad de Jaen.

A później przyszło prawdziwe zmęczenie: wykładami, pracą od rana do wieczora i nieznośnym andaluzyjskim upałem. I rozmgliło pewne fakty: Warszawa jak najbardziej jest miastem 'to be', szczególnie z wygodnym łóżkiem i jesiennymi festiwalami.

Noc powrotna na lotnisku w Maladze, ze zmęczenia ciężko zasnąć. Otwieram magisterkę i rozgryzam problem ważności place w czasach cyberspace.

Przypomniała mi się tutaj historia Portugalczyka Alexa, z którym przegadałam jedną noc nad Bosforem, jeszcze w Stambule. Narzekał, że jego rodzinne nadmorskie miasteczko stało się szybko synonimem nudy i bezczynności. Alex wyjechał na początku studiów do Londynu i dziwił się ludziom, którzy chwalili Portugalię. W UK studiował nowe media, pracował w schronisku i imprezował z ludźmi z całego świata. Pewnego dnia, na kacu, zobaczył w internecie ogłoszenie pewnej Węgierki: Tak się złożyło, że nigdy nie widziałam morza. Jeśli ktoś chciałby pokazać mi morze, będę wdzięczna za kontakt i towarzystwo w tej podróży.

Bonanza na plaży w Maladze, jedna z nielicznych hiszpańskich wolnych chwil.

Alex od razu odpisał, tak jak kilka innych osób. Stwierdził, że i tak dawno nie był w domu i czas odwiedzić rodzinę. Wziął samochód, pozbierał resztę chętnych w innych krajach i stawili się w Budapeszcie żeby odebrać dziewczynę.
- Jechaliśmy kilka dni, zatrzymywaliśmy się po drodze w co ciekawszych miejscach. Było wino w bagażniku, dużo śmiechu i ładnych widoków. Ale nikt nie czuł wyjątkowości sytuacji, nawet po przekroczeniu granicy hiszpańsko-portugalskiej. Oglądałem te znajome nudne krajobrazy, to od czego uciekłem i nie tęskniłem ani trochę. Było lato, po południu dojechaliśmy do mojego rodzinnego domu. Po maminym obiedzie spacer z Węgierką na plażę. Nikt nic nie mówił, było przyjemne ciepło, ale takie już mijającego dnia. Stanęliśmy nad brzegiem morza, popatrzyliśmy na morze i dziewczynę.
Rozpłakała się. Jak i my wszyscy. Nigdy nie widziałem piękniejszego widoku.