Duuużo wyjazdów, dużo przeżyć. A pomiędzy wciąż Warszawa i Polska, którymi cieszę się coraz bardziej. Dużo rodziny, znajomych, rowerów, drobnych przyjemności i małej stabilizacji. Wspominki z wyjazdu do Chin zostawiam sobie na jesienne wieczory, a na razie, parafrazując Przyborę piszącego do Osieckiej: w tramwajach znów tłok, jajka zdrożały, a lato toczy się ku szczęśliwemu finałowi.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warszawa. Pokaż wszystkie posty
sobota, października 01, 2011
czwartek, czerwca 23, 2011
Tymczasem nad wodą...
...warszawska plaża
Wychowana na Podkarpaciu, każde lato swojego dziecięctwa spędzałam w Bieszczadach. Teraz mieszkając w Warszawie organicznie tęsknię za górami, ale kiedy tylko widzę morze, cieszę się jak dziecko.
Jutro za to zaczyna się jedna z większych przygód życia łącząca morze, góry i jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. Zakwalifikowałam się na Arctic Climate Training organizowany przez British Council. Wiąże się to z tym, że lecę do Oslo, a stamtąd na Spitsbergen, gdzie przez ponad tydzień będę mieszkać na statku i uczyć się o Arktyce i jej klimacie razem ze specjalistami z UNEP GRID/Arendal.
Spełnia mi się właśnie jedno z najwięszkych marzeń i nie wiem po prostu jak sobie z tym poradzić.
North Horizon - dance film preview from Thomas Freundlich on Vimeo.
...sopockie molo
...plaża w Gdańsku
...leniuch też w Gdańsku
...i jeszcze raz Sopot.
Jutro za to zaczyna się jedna z większych przygód życia łącząca morze, góry i jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. Zakwalifikowałam się na Arctic Climate Training organizowany przez British Council. Wiąże się to z tym, że lecę do Oslo, a stamtąd na Spitsbergen, gdzie przez ponad tydzień będę mieszkać na statku i uczyć się o Arktyce i jej klimacie razem ze specjalistami z UNEP GRID/Arendal.
Spełnia mi się właśnie jedno z najwięszkych marzeń i nie wiem po prostu jak sobie z tym poradzić.
North Horizon - dance film preview from Thomas Freundlich on Vimeo.
Etykiety:
arktyka,
bałtyk,
gdańsk,
lato,
morze,
north horizon,
plaża,
praca,
praga południe,
sopot,
spitsbergen,
warszawa
Lokalizacja:
Gdańsk, Polska
czwartek, lutego 03, 2011
Klisze
Jakiś miesiąc temu Karen przesłała mi linka do Vivian Maier, na punkcie której oszalała Ameryka. Oglądanie zdjęć tego demona fotografii w spódnicy i skromnym kapeluszu zajęło mi jeden z ostatnich wieczorów, który powinnam była przeznaczyć na naukę ekonomii do obrony. Wieść o Vivian dotarła już wreszcie do polskich mediów, a ja się szczęśliwie wybroniłam na magistra. I naprawdę nie mogę wyjść z podziwu, że tak jak Vivian, mieszkając całe życie w jednym mieście i pracując jako niania, można nieustannie tak dziwić się światu i zauważać TAKIE rzeczy. Zastanawiam się też czy kiedyś dostała w zęby.
A ja próbuję wywołać kliszę kupioną na ateńskim pchlim targu za 1 eurosa i tanie punkty usługowe w Wwie nie chcą mi tego zrobić. Trochę będzie musiało więc poczekać to wielkie greckie wesele żeby ujrzeć światło dzienne - ale i tak przed wiosną nie warto się w Polsce za bardzo wywoływać, co nie?
niedziela, stycznia 16, 2011
Poland: The Update (2001 vs. 2011)
Poland: The Udate to film zarejestrowany dokładnie 10 lat temu. Dużo się zmieniło przez tą dekadę, chyba. Wiele z tych stwierdzeń dziś śmieszy. Ciekawa jestem czy ci bohaterowie wytrwali do zmian i co robią teraz. Ciekawa jestem jak wyglądałby taki film nakręcony w 2011.
Ostatnio na przystanku byłam świadkiem jak kobieta zapytała po angielsku przypadkowego chłopaka jak dojechać gdzieś tam. Bardzo miły chłopak wytłumaczył jej bez zająknięcia się. Oczywiście w duchu włączyło mi się od razu ufff, dajemy radę! W końcu UE, erasmusy i internet otworzyły nam granice i głowy oraz pokazały mus nauki języków.
A na koniec dialogu dialogu przystankowego:
- Where are you from?
- South Africa.
- Oh and you are white, that's amazing!
Uczymy się, ale musimy szybciej. W tym roku rząd przyjmie projekt abolicji dla nielegalnych imigrantów, miejmy nadzieję.
Odniesienie do hasła 'imigranci w Polsce' w googlowskich książkach.
środa, grudnia 29, 2010
Następny, proszę!
Stoi na stacji lokomotywa.
Tak powinno być na dworcu przed świętami, ale Tuwim żył w Polsce w trochę innych czasach.
W Warszawie na Dworcu Centralnym ruch jak w New Delhi, obowiązuje nowy rozkład jazdy, pociągi polikwidowane, chaos. W kasie biletowej pytam o peron z którego odjeżdża mój pociąg-widmo i o jego opóźnienie.
- Jak ma Pani bilet to na nim powinno pisać.
- Ale kupiłam go przez internet i na nim nic nie ma o peronie.
- W kasach biletowych nie udzielamy informacji!
No przecież, zapomniałam. Wycieczka do okienka informacji.
- Proszę zobaczyć w rozwieszonym rozkładzie jazdy.
- Ale na ścianach wisi stary rozkład jazdy...
- Proszę patrzeć na ekrany!
- Ale na nich nie ma mojego pociągu...
- Proszę słuchać ogłoszeń!
- Słucham od godziny i mówią tylko o darmowej herbacie w holu głównym!
- To przecież nie moja wina!
Kobieta zamyka okienko i wiesza karteczkę 'Przerwa', więc na pewno...
...siedzą i jedzą tłuste kiełbasy.
Marząc o świątecznych kiełbasach, podróżni marzą też o jakiejkolwiek informacji kiedy i gdzie pociąg się pojawi.
Lecz choćby przyszło tysiąc atletów
I każdy zjadłby tysiąc kotletów,
I każdy nie wiem jak się wytężał,
To nie udźwigną, taki to ciężar dla PKP udzielić informacji swoim klientom.
I pełno ludzi na każdym peronie,
Na jednym czują się jak krowy; na drugim jak konie.
Spora grupa totalnie zagubionych na peronach obcokrajowców doświadcza polskich świąt z pełnym inwentarzem - zanim zasiądzie się do za suto zastawionych stołów, trzeba sobie na nie bardzo zasłużyć.
Nagle - gwizd!
Para - buch!
Koła - w ruch!
W końcu ruszamy i jestem fuksiarą, bo mam wykupioną miejscówkę, która istnieje (nie wszyscy mieli to szczęście). To, że od okna wieje zimny wiatr, nie ma prądu w gniazdkach na komputery i brak światła w toalecie jest szczegółem, na który nie powinniśmy narzekać, bo przecież cieszymy się, żeI gnają, i pchają, i pociąg się toczy,
Bo para te tłoki wciąż tłoczy i tłoczy.
A przechodzący konduktor ciężko wzdycha:
- Tyle ludzi, tyle roboty i za kilka dni znów wszyscy będą jechać...
Życzę Polsce (jako tworowi politycznemu i społecznemu) żeby w następnym roku w instytucjach państwowych/przy korzystaniu z usług PKP i PKS/w urzędach pocztowych/sklepach/itd. nie wymagano od obywateli (czyli KLIENTÓW) akceptacji beznadziei. Powiem nawet bardziej ryzykownie: żeby nie oczekiwano akceptacji bylejakości.
Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to!
Świąteczna Kopenhaga, zapowiedź wspominek z grudniowego wyjazdu do kraju jej wysokości i wysokiej jakości.
Duńskie prezenty choinkowe...
...i świąteczne wyposażenie toaletowe.
sobota, listopada 06, 2010
miłość ratunku policja
Na moim warszawskim praskim osiedlu mieszka chłopak, który ma takiego pecha, że nie dość, że się zakochał, to jeszcze w osiedlowej gadze. Jest też lekko upośledzony, ale nie wygląda żeby to akurat było zmartwieniem. Spotykałam go czasem w parku w cieplejsze dni. Kiedy nie widziałam, to słyszałam - krzyczał do wymalowanej blondynki (najczęściej w grupie rządzącej osiedlem): Kocham cię! Reakcje były różne, ale o dziwo nie agresywne. Dużo śmiechu, nabijania się z chłopaka, a na czasem rzucane też 'spierdalaj', odkrzykiwał: I tak cię kocham!
Generalnie osiedlowa młodzież miała dużo atrakcji tego lata oprócz dyskotek na stole do ping-ponga w parku. Przemocy nie widziałam. Co więcej, nie doceniałam tych nastolatków.
Wracam po południu i widzę zamieszanie. Starsza kobieta wydziera się na przestraszonego młodego romantyka i srogo mu grozi.
- Ale dlaczego chce pani dzwonić po straż miejską? - pytam.
- No przecież to jakiś zboczeniec! Całymi dniami wrzeszczy na całe osiedle nieprzyzwoitości!
Nie musiałam nic mówić - jeden z grupy trzymającej park, podszedł szybko do kobiety:
- Ten chłopak jest nasz. Niech pani lepiej zadzwoni żeby zwinęli pani starego pijanego z klatki.
Jak się ostatecznie skończyła miłosno-kryminalna sprawa nie wiem. Od kiedy zrobiła się jesień już nie ma dyskotek na stole pingpongowym do piosenek z komórki. W każdym razie smutno, że bardziej na sucho uchodzi u nas alkoholizm niż zakochanie.
niedziela, sierpnia 15, 2010
Wawagizer
niedziela, sierpnia 01, 2010
Klikam z domu (zaraz wracam)
Lato, jesień, zima, wiosna. Minęły cztery sezony od kiedy mieszkam znów w Warszawie.
Sezonowość jest przywarą jaka rzuca mi się ostatnio w oczy u nas, dzieci kapitalizmu. Mijają sezony jesiennych depresji, sukienek w kwiaty, przypadkowych miłostek. Sezony ujemnych amplitud, pracy nie na miejscu, szczytowania na snowboardzie. Ray Banów i truskawek. Żyjemy, mieszkamy, pracujemy i kochamy sezonowo. Kiedyś odnosiło się to tylko do zbiorów zboża, warzyw i owoców, bo tylko ci bogatsi mogli pozwolić sobie na nowy kapelusz co lato. A dziś, w dobie chińszczyzny i wyprzedaży dwa razy w sezonie, zmieniamy poglądy polityczne, paszport czy partnerów jak rękawiczki.
Nowy sezon oznacza zmianę, tak samo jak mobilność. A ta z kolei była dawniej albo atrybutem burżuazji albo karą i tragedią - niczym naturalnym. Normalna była stabilizacja i życie constans. A każda podróż wiązała się z szeregiem rytuałów.
Pakowanie, a przed nim pranie, cerowanie pończoch i dziur w dachu, pożegnania z sąsiadami, pisanie testamentu. Później pożegnanie właściwe, dramatyczne słowa 'bądź zdrów', najlepiej na peronie przy dymiącej lokomotywie, przy dźwiękach rżenia koni lub wystrzałach pistoletów. W pogotowiu haftowana chusteczka do wycierania łez, tych tęsknoty i tych strachu przed nowym.
A dziś co? Czym tu się ekscytować. Bilet do Berlina kupuję dzień przed wyjazdem i zapominam wysłać sms-a znajomym, że jednak nie przyjdę wieczorem na piwo. Kiedy jesienią zeszłego roku leciałam do Sztokholmu za 20 Euro, nie chciało mi się dokładnie sprawdzić daty wylotu. Na lotnisku w Krakowie "wylądowałam" o dzień za wcześnie. Nocleg u przyjaciół, a rano oczywiście budzę się spóźniona. Zdążam w ostatniej chwili, ale przecenienie hipermobilności zostaje ukarane - samolot nie wystartuje do popołudnia, mgła zatrzymuje materię.
Ta hipermobilność, błogosławieństwo tych czasów, jest też przekleństwem. Traktujemy miejsca coraz bardziej tymczasowo, inne sfery życia za tym idą. A może by tutaj, a może tam... nowy sezon w Azji, nowa miłość niech będzie pod palmami i a niech to, buddyzm jest już passe.
Współczesne Reisefieber to nie jest chęć zmiany szerokości geograficznej. To pęd za czuciem się obcym, innym, próba samego siebie. To nowy luksus, który kiedyś był karą. W czasach kiedy otwieramy Google Earth i w ciągu minuty jesteśmy na Wyspach Zielonego Przylądka, płacimy też grubą kasę za stratę poczucia bezpieczeństwa - przemierzanie realnej czasoprzestrzeni jest bezcenne.
Karl Markus Gauß w Europejskim Alfabecie napisał bardzo trafnie: Kto narzuca ludziom mobilność, ten ma władzę; kto z powodu mobilności cierpi, jak ofiary czystek etnicznych, jest bezbronny; kto organizuje mobilność na miarę epoki komputerów, ten zapewni sobie panowanie.
Pozdrawiam z mojego warszawskiego komputera, który mimo dużej mobilności i kontaktów na całym globie, zostaje tu na razie na co najmniej kilka sezonów.
niedziela, kwietnia 11, 2010
Pochmurne kwietniowe popołudnie, Polska.
Prysznic, dobra kawa, książka, sprzątanie mieszkania. Wczorajsza sobota zaczęła się bardzo leniwie, jak zazwyczaj. Długo nie włączałam komputera ani radia, a dwa telefony przegapiłam, myśląc 'oddzwonię później'.
Pierwszego maila odczytałam dopiero po 12. Kolega z Turcji złożył kondolencje i nie zrozumiałam o co chodzi. Potem serwisy informacyjne i społecznościowe i jeszcze kolejne żeby potwierdzić, bo nie chciało się wierzyć. Wszystko czarne, czarna sobota. Polska oprócz prezydenta straciła w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem 95 innych liderów i elitę polityczną.
W takich momentach pierwsze chwyta się za słuchawkę i rozmawia z najbliższymi. Jeśli rodziny nie ma w pobliżu, chce się spędzić ten czas z tą nabytą.
Po godzinie z przyjaciółmi byliśmy na Krakowskim Przedmieściu. Nastroje odświętne, ale jeszcze niepełne, bo to wszystko docierało razem z zachodem słońca, kiedy tysiące zniczy było coraz bardziej widzialnych w ciemności.
Wielu z nas mówiło "to nie nasz prezydent", bo młodzi na niego nie głosowali. Oprócz innych poglądów, wiele osób nie głosowało, bo nie poszło na wybory - wyraz głupiego buntu, który nie ma logicznych argumentów. Ale teraz chyba wszyscy powinni sobie uświadomić, że kimkolwiek był prezydent, był prezydentem demokratycznego kraju, którego wypierać się nie możemy, jakkolwiek patriotyzm byłby niemodny.
Porównania ze śmiercią Jana Pawła II są oczywiste, ale tamta śmierć była jakby "łatwiejsza", w przeżywaniu i ocenie. Jako katolicy Polacy zawsze świetnie dawali świadectwo w takich momentach, egzamin ze społeczeństwa obywatelskiego był zawsze ciężki.
Lekkie zagubienie widać było na wczorajszych ulicach Warszawy. W momentach kiedy stykamy się z tragedią świecką, obywatelską, niewiadomo jak się zachować. Słów pieśni patriotycznych mało kto zna oprócz harcerzy, hymnu polski nikt nie odważy się zacząć. Niektórzy się modlą, stoją w skupieniu, ale zdecydowana większość po prostu w spokoju spędza czas razem i rozmawia, o czym na codzień zapominamy. Niecodzienny spokój - tak właśnie odczuwam to wszystko. Nawet deszcz zaczynał padać kilka razy, ale się rozmyślał.
Zjedliśmy później w domu obiad, pyszne dietetyczne kotlety z surówką, słuchaliśmy polskiego jazzu. I jak zwykle dużo rozmawialiśmy, oprócz o Polsce i polityce, to o misjologii, przeglądarkach internetowych, dietach, ekonomii społecznej i różnych innych drobiazgach, bo z tego składa się życie. Jedna osoba była cały czas z laptopem na kolanach, relacjonując wiadomości z serwisów z całego świata.
I takie mamy współcześnie problemy - jak się jednoczyć. Wyjść na ulicę i tworzyć historię, czy śledzić ją na ekranie monitora, minuta po minucie, drobiazg po drobiazgu, co daje też poczucie uczestnictwa? Tak jest się bliżej niż na miejscu, ale ciągle w wersji 1.0.
A tak jak niezliczona jest liczba ludzi na ulicach, tak wiele jest też aparatów fotograficznych, kamer, relacjonowania z komórek prosto na Facebooka czy Twittera. I to też oddala od wersji uczestnictwa 3D, 3.0 czy po prostu niewirtualnie.
Harcerze, ci, którzy jako nieliczni znali słowa pieśni, przynieśli w sobotę (kiedy handlarzy świec jeszcze nie było) znicze w formie wirtualnej - na białych kartkach wydrukowane symbole ['].
Wszyscy mówią o poczuciu wspólnoty, że teraz będziemy nowi. Nie ma co się łudzić, że nie będziemy na siebie psioczyć i narzekać. Ale jeśli ci niezainteresowani polityką "bo wszyscy są beznadziejni i nie ma na kogo głosować" pójdą choćby do wyborów, może nawet w grupie bliskich, będzie to już dużo.
Dzisiaj na obiad była pycha ryba, też zjedzona wspólnie. Dzięki.
środa, sierpnia 27, 2008
Echa śródmieścia

Moje ogórkowanie spowodowane jest przygotowaniami do wojny. Dowiedziałam się o niej niczego nie podejrzewając w słoneczne popołudnie stojąc w społemie w krótkiej, aczkolwiek jednak, kolejce.
Starszy pan kupował: 2 kg ziemniaków, 1 kg cebuli, 5 l wody w baniaku i 2 czekolady. Pani w sklepie zapytała czy pan Władek szykuje się do wojny. Jakiej wojny zapytał pan Władek, jak to jakiej - z ruskimi - odpowiedziała pani. Jakimi ruskimi, z ruskimi już walczyłem, teraz idę na wojnę domową z moją Hanką a na obiad pierogi ruskie. A ja poprosiłam o napój odżywczy daily detox w promocji 1,99 coby słońcu pomóc z witaminą D i przed tym zapytałam czy są też life detox, a pani powiedziała, że nie słyszała, a są? No ja tam nie wiem, ale często muszę sobie serwować, więc pani powiedziała, że zapyta w hurtowni i wtedy sprowadzi i może nawet też będzie w promocji. Więc fight might be over.
(a na zdjęciach to czego zaczyna brakować zazwyczaj w czasie wojny, czyli starych ludzi, pieczywa i wózków inwalidzkich)
wtorek, lipca 29, 2008
czwartek, lutego 14, 2008
Suka, ale kocha

Dobra: 22:10:26
moja suka sie zakochala
Dobra: 22:10:41
dzis wyla caly dzien
Rege: 22:10:44
swietny tytul piosenki by byl
Dobra: 22:10:54
a mama przeczytala, ze w lutym sie zakochuja zwierzeta
Dobra: 22:11:04
wilczury wlasnie
Dobra: 22:11:20
a ona ma jednego adoratora
Dobra: 22:11:24
takiego kurdupla kundelka
Dobra: 22:13:11
zastanawiam sie, jak wygladalaby prokreacja w wykonaniu ogromnego Alaskana Malamuta i karłowatego kundelka
Dobra: 22:13:42
ale on musialby sie jej plecow uczepic
Dobra: 22:13:55
i nogi by mu tylne zwisaly
Dobra: 22:14:10
nie da rady biedak
Dobra: 22:14:30
chyba ze stolek podstawimy
Dobra: 22:16:14
tylko lepiej by bylo, gdyby Malamuty z Malamutami
Rege: 22:16:36
coz, mezalians
Dobra: 22:16:53
moj wujek, ktory ma mastifa (ogrooomny) specjalnie jechal do Czech, zeby znalezc wybranka i zaplacic za prokreacje
Dobra: 22:17:22
to taki psi burdel troche
Rege: 22:17:42
handel zywym towarem polaczony z narzadami
Dobra: 22:18:16
ale podobno wydal kilka tysiecy i nic nie wyszlo
Rege: 22:18:51
jednak milosc to podstawa
Subskrybuj:
Posty (Atom)



