Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turcja. Pokaż wszystkie posty

środa, sierpnia 19, 2009

Drogi motyw.


Najlepsza kawa i lody w Niszu, dzięki Marcinowi Be, spotkanemu tam przypadkiem. (stary radziecki aparat Zorki4)

Bałkański koncert na bazarze w Niszu, Serbia. (aparat Zorki4)

Sarajelove. (Zorki4)

"Obywatel świata" zawsze brzmiał mi obco i sztucznie. "Światowiec"? "Europejczyk"? Nigdy nie zazdrościłam komuś, kto miał to wstawione w rubryce obok nazwiska. Jako dziecko podkochiwałam się w Włóczykiju, a kiedy poznałam prawdziwych obieżyświatów-nomadów, którzy podróżują bez przerwy od kilku lat, skrycie im trochę zazdrościłam. A jednocześnie zawsze otwarcie cieszyłam się, że potrafię określić swoje korzenie, krąg kulturowy i przede wszystkim - bazę.
Z drugiej strony reprezentantka polskości ze mnie kiepska. Wódki specjalnie nie lubię, a gdy obcokrajowcy chwalą się, że potrafią powiedzieć po polsku 'kurwa', 'na zdrowie' albo 'jak się masz kochanie', jestem zwyczajnie zażenowana. Nie prężę się bezwarunkową dumą na nazwisko Lech Wałęsa i nie należę do pokolenia JP2, tak samo jak nie wzruszam się na pochodach reprezentacyjnych wojska polskiego.

Polskość łapie wtedy kiedy nic innego nie pomaga lub gdy się o niej zapomni. Był taki czas, jeszcze w Stambule, że wisiało nade mną fatum - dramatyczne przeprowadzki, puste kieszenie, ukradzione złudzenia i strata wiary w ludzi.
Siedzenie w ciemnej kinowej sali zawsze było receptą na problemy i wtedy też pomógł Istanbul Film Festival. Jednego seansu nie zapomnę nigdy. Film "Somers Town" i jego ciepła historia z przedmieść Londynu o przyjaźni angielsko-polskiej i miłości rodzicielskiej z polskim wątkiem robotniczym w tle. Z ekranu dużo polskich słów, również tych zbyt polskich. Byłam pewnie jedyną osobą na sali, która rozumiała te polskie podchmielone niuanse, nieśmiałą polskość w twardym akcencie i zapewne jedyną osobą, która przeryczała cały seans filmu, który był na wskroś wesoły i optymistyczny.

Najcudowniejsze w podróżach są niespodzianki. Choćby to, że tuż za granicą bułgarską w Serbii głodni nie mogliśmy złapać żadnego stopa i podjechał starszy pan na rowerze z siatkami pełnymi jedzenia, reklamując się: Mini Market! A chwilę później, kiedy już zrezygnowani rozbijaliśmy w polu namiot, podjechała nagle ciężarówka z krzyczącym tureckim kierowcą: Całą Bułgarię was śledziłem i zastanawiałem kiedy będę mógł w końcu zgarnąć!
W mieście Nisz w Serbii spotkałam znajomego z uczelni niewidzianego od ok. 2 lat - wprowadził się tam na dłużej 3 dni wcześniej. Nagle mamy towarzystwo, prysznic i kto by pomyślał, że będziemy brać udział w przygotowaniach do domówki w Niszu?
Czarnogóra powaliła. Zrobiła wrażenie jednego z najpiękniejszych miejsc na ziemi. Podobnie jak Bośnia&Herzegowina, która niesamowicie też zafascynowała.
W nocnym pociągu Belgrad-Budapeszt spotykamy w przedziale muzyka z Izraela, który jedzie do Berlina na trasę koncertową zorganizowaną mu przez jedną z Couchsurferek. Nie muszę mówić, że okazało się, że znamy te same osoby. Takich historii jest setki. Choć są możliwe, to przecież nieprawdopodobne. I racjonalnie każą przestać wierzyć w przypadki.
Z Budapesztu miał być już oficjalny pociągowy odcinek Budapeszt-Kraków, a później już do korzeni na Podkarpacie. Zaskakująco, pociąg z Budapesztu zlikwidowany. Więc co? Autostop do końca!

Kotor, Czarnogóra.


Ostatnie zdjęcie na kliszy z aparatu Zorki4. Arbuzy przy węgiersko-słowackiej granicy.

Droga jest pełna niespodzianek, uświadamia też co jest najdroższe.
Kiedy jeszcze w kwietniu zasypiałam w Diyarbakir na Wschodzie Turcji, poleciały mi drugi raz łzy z polskości. Nasz gospodarz z Couchsurfingu najpierw włączył krótki film, mówiąc: Polska jest rajem. Na ekranie kamera szła przez gęsty, zielony las, rejestrując śpiew ptaków.
Później Eray włączył muzykę. Stare kobiety z Lubelszczyzny zaczęły śpiewać "Za bujne bory za bujne lasy" i o tym, że Jasiu poznał Marysię i że żniwa się zaczęły. No i gdzież tu ryczeć po usłyszeniu zawodzeń starych bab. To właśnie takie płakanie, którego obywatel świata nie zrozumie. I płakanie i łzy po polsku muszą mieć choćby 'ł'. Lulu dzicie lulu, wyły baby.

sobota, czerwca 27, 2009

Mam chusteczkę haftowaną...


Bardziej liberalna wersja chadoru, z odsłoniętą twarzą.

Fitness na świeżym powietrzu w Stambule.

Na karuzeli w Sarajewie, Bośnia i Herzegowina.

Głowa mała ile kawałek materiału może wywołać zamieszania. Szczególnie, że ma związek z głową. W krajach, gdzie religia ma duże znaczenie, a demokracja mniejsze, symbolizm odgrywa dużą rolę. W Iranie, gdzie po rewolucji 1979 zabroniono noszenia krawatu jako symbolu znienawidzonego Zachodu, dziś jego noszenie daje przekaz: jestem nowoczesny, wykształcony i chcę zmian. Iranki na taki bezpośredni komunikat poprzez ściągnięcie chust pozwolić sobie nie mogą - za gołą głowę mogą zapłacić wysoką cenę.
Kiedy w Stambule stałam w kolejce do oddania biletów na odwołany koncert Depeche Mode poznałam parę Rosjan, którzy jeżdżą za zespołem po całej Europie. Nie tylko zresztą oni. Opowiedzieli mi o dziewczynie z Iranu, którą spotykają na koncertach - zawsze ubraną w skórzaną czarną mini i buty na wysokich obcasach.
Odwracam się i widzę w kolejce za mną dwie Turczynki w chustach - one nie muszą zakrywać głów, a robią to coraz częściej. O co w tym wszystkim chodzi?

Na początku lat 80. na ulicach Stambułu ze świecą można było szukać kobiet, które zewnętrznie manifestowały religię. W latach 30. ojciec narodu Ataturk zrównał kobiety z mężczyznami (w teorii) i wręcz zakazał im noszenia chust. Oddzielił państwo od religii i na czele obrony świeckości kraju do tej pory czuwa armia. Sekularyzm jest to najważniejsza wartość tureckiego państwa i podważyć jej nie można. W 1935 r. kobiety dostały prawo wyborcze i od tej pory zaczęły bardziej czynnie uczestniczyć w życiu społecznym i zawodowym.

Już wtedy Ataturk wiedział, że skojarzenia z chustą na 'naszym' Zachodzie są dość jednoznaczne - uciskane kobiety, ekstremizm religijny i terroryzm.
Ale zaraz, zaraz... niech podniesie rękę ten, który nie ma/miał babci/cioci/sąsiadki na wsi noszącej chustę na głowie. Nie nazwałabym ich uciskanymi, z pojęciem terrorystek, nawet puszczając oko, też bym uważała.
A pamiętacie Jackie Kennedy ubierającą chustę na specjalne okazje? To nic innego, tylko mantilla, tradycyjne katolickie nakrycie głów kobiet. Nie mówiąc już o inspiracjach religią i kulturą w wielkiej modzie. Po wystąpieniu Kate Most w srebrnym turbanie inspirowanym kulturą sikhów na gali Costum Institue w maju tego roku, ten gadżet na głowie stał się hitem.
Jako ciekawostkę polecam odwiedzić strony poświęcone modzie islamskiej, np. tu, tu czy tu.

Jackie Kennedy z siostrą Lee Radziwił na pogrzebie męża. Fot. Robert Lebeck, www.artnet.com

Burcu, która śledzi na bieżąco wybiegi i ma całe plecy pokryte tatuażami, przekazuje mi w swojej restauracji w bogatej stambulskiej dzielnicy Moda swój 'nowoczesny' punkt widzenia:
- Te kobiety zabierają mi wolność, nie pozwalają czuć się swobodnie. Na uniwersytecie nawet mimo zakazu noszenia chust upolityczniają kampusy. Nie po to Ataturk walczył o nowoczesny kraj żebym czuła się jak prostytutka we własnym kraju tylko dlatego, że pokazuję włosy!

Szkoda byłoby chować piękne, błyszczące loki Burcu. Jednak dla wielu tureckich dziewczyn jest ona przedstawicielką złego, zepsutego Zachodu, z którym walczą. Wzrost liczby zakrytych kobiet jest fenomenem miejskim, a młode dziewczyny noszą najczęściej inne chusty od swoich babć. Tradycyjne kobiety noszą nakrycie głowy nazywane başörtü, które można mniej więcej porównać do naszych wiejskich chust. One też nie są politycznie zaangażowane i ich chusty są "przed-ataturkowe" a nie "przeciw-ataturkowe". Natomiast młode dziewczyny noszą najczęciej türbany (nie mylić z tymi hinduskimi), które są ciasno uwiązane wokół głowy i zakrywają też kark i szyję. Ta grupa jest bardziej aktywna i społecznie i politycznie, a wśród nich są też "turbaned feminists", których hasło przewodnie to "osobowość, a nie seksualność" i w paradzie równości raczej nie wzięłyby udziału... Przeciwnicy islamizacji Turcji mówią nawet o tym, że rząd płaci dziewczynom za noszenie turbanów, choć ile w tym prawdy - sam jeden Ataturk wie obserwując Turcję z góry swoimi niebieskimi oczami.

Zwolennicy chust: To przeciw demokracji i równouprawnieniu!
Przeciwnicy: Wy ograniczacie naszą wolność!

Zwolennicy: W Stanach każdy może nosić na uniwersytecie co chce!
Przeciwnicy: Tam nie ma polityki na uczelniach, a w demokratycznej Francji też jest zakaz!

Zwolennicy: To nasz wybór i styl życia! Czy ktoś zakazał punkom nosić irokeza?
Przeciwnicy: To wybór polityczny! I często kobiety stają w rodzinach przed wyborem, ale tak naprawdę są bez wyboru!

Zwolennicy: To tylko kawałek materiału!
Przeciwnicy: A za nim pójdą kolejne rządania! Specjalne lekcje uwzględniające muzułmański punkt widzenia w nauczaniu historii, oddzielne pomieszczenia dla kobiet i mężczyzn...

I tak dalej i tak dalej.

Dziewczyna w stołówce na kampusie Uniwersytetu Marmara próbuje ominąć zakaz noszenia chusty poprzez noszenie czapki, mimo że za oknem gorący czerwiec. Wiele dziewczyn nosi też peruki.

Bo tak naprawdę w całej dyskusji o chuście w Turcji wcale nie chodzi o religię. To konflikt między Wschodem a Zachodem, wpływową laicką klasą średnią a tradycyjnymi Turkami z korzeniami we Wschodniej Anatalii (którzy są większością społeczeństwa) czy sekularyzmem a demokracją. Mimo że 59% Turków określa się jako 'bardzo religijni' albo 'ekstremalnie religijni', a 2/3 z 1500 badanych kobiet z różnych rejonów Turcji, potwierdza, że zakrywa głowę wychodząc z domu.* O co więc tyle hałasu? Czy nie można by znieść zakazu noszenia chusty na uniwersytetach wprowadzonego w 1984 r., szczególnie jeśli nieprzerwanie od 2002 r. rządzi w Turcji islamska partia AKP? Nie w Turcji. Tu armia i sądy broniące praw wprowadzonych przez Ataturka prędzej zrobią przewrót państwowy niż pozwolą na działanie przeciw laickości państwa.

Chusta na festiwalu Efes Pilsen One Love. Istanbul, czerwiec 2009.

Pewnego popołudnia ktoś na ulicy krzyczy moje imię. Zakryta dziewczyna, jakaś taka znajoma twarz... W końcu poznaję - mamy razem zajęcia, ale przed wyjściem z Uniwersytetu ona, jak wiele innych dziewczyn, w specjalnie zamykanym pomieszczeniu zasłania włosy. Po jakimś czasie w końcu odważam się porozmawiać z nią o tym, choć ciężko jest rozmawiać tak różnym światom. Okazuje się, że w jej przypadku chusta to bardziej tradycja, potwierdzona buntem przeciw ograniczaniu jej wolności przez politykę. Ja, trochę z przekory, mówię, że przecież bez sensu jest zmienianie symbolu religijnego na polityczny, że mocne makijaże nie potwierdzają ich skromności, że noszenie burki** to całkowite ograniczenie komunikacji ze światem zewnętrznym... Nasrin w końcu nie wytrzymuje:
-Sama narzekałaś, że tureckie słońce rozjaśniło ci włosy z rudych na blond!

Cóż zostało, jak tylko się uśmiechnąć.


*A.Carkoglu, B.Toprak, Religion, Society and Politics in a Changing Turkey, The Turkish Economic and Social Studies Fundation, Istanbul 2006

**Strój zakrywający całe ciało, w tym również oczy, które są zakryte siatką umożliwiającą widzenie.

środa, czerwca 17, 2009

Sultanbeyli




Gulşen chodzi do 7f. Mieszka w Stambule, ale nigdy nie była na Taksimie czy w Błękitnym Meczecie. Dla niej Stambuł to Sultanbeyli, wschodnia dzielnica azjatyckiej strony miasta, do której szybkim minibusem poza szczytem jedzie się godzinę z portu w Azji. Jeszcze kilka lat temu Sultanbeyli było oddzielnym miasteczkiem, teraz jak wiele innych takich dzielnic, częścią aglomeracji Stambułu.

Gecekondu po turecku oznacza "osiedlenie w nocy" i jest nazwą typu domów, których w Turcji od zatrzęsienia, budowanych szybko i bez pozwolenia, symbolicznie w nocy. Luki w prawie na to pozwalają i tak też zaczęło się rozrastać Sultanbeyli. Teraz jest ładny deptak, centrum sportu i sprzedaż lodów na każdym rogu.

Gulşen lubi matematykę, sport i nauki społeczne. W jej klasie jest ok. 50 uczniów, a jednym z jej nauczycieli Lukas, mój znajomy, który zaprosił kilkunastu studentów fotografii z Niemiec do swojej szkoły, aby spędzić z uczniami dzień w dzielnicy komunikując się przez obiektyw. Mam szczęście być z nimi.

Gulşen już kończy podstawówkę, jest wyraźnie bardziej dojrzała od innych dzieci. Poważna mina, na zdjęciu nie uśmiechnęła się ani razu. Mieszka razem z rodzicami i 2 rodzeństwa w suterenie niedokończonego domu. Mieszkanie jest ładne, kolorowe, bardzo zadbane, Gulşen ma swój pokój, bez okna. Mamy nie ma w domu, jest w pracy w szwalni. Zarabia 300 lir miesięcznie (ok 600 zł). Tata jest budowlańcem, też wraca późno. Zarabia 600 lir na miesiąc. Rodzina Gulşen jest całkiem dobrze sytuowana.
Dziewczynka przebiera szybko mundurek po szkole i idziemy odkrywać miasto.

-Chcesz nosić chustę w przyszłości? - pytam.
-Ale ja noszę...
-To dlaczego teraz nie ubrałaś?
Cisza.


Gulşen chce być w przyszłości nauczycielką nauk społecznych. W Turcji to przedmiot przedstawiający życie Ataturka i turecki patriotyzm (czyt.nacjonalizm).
Część dzieci z podstawówki z Sultanbeyli pójdzie do liceum, ale jeśli 3 osoby z całej szkoły dotrą na studia, będą szczęściarzami.

-Chcesz w przyszłości mieszkać tu gdzie teraz? - pytam Gulşen.
-Tak, ja kocham Sultanbeyli, tu jest ładnie i wszystko co potrzeba.


Szkoła Gulşen.


-Jesteś muzułmanką? - pytają mnie dzieciaki.
-Nie - odpowiadam.
-Buuuuuuu - wszyscy krzyczą.
-Której drużynie kibicujesz?
-Yyyy...Besiktas

-Buuuuuuuuuuu, powinnaś Fenerbahce! - rozczarowanie większe niż wcześniej.
-Ale byłam w Diyarbakir! - przychodzi mi do głowy.
-A to ty nasza! - rozlegają się brawa i dzieciaki nie chcą mnie wypuścić.

Mamy odbierają dzieci ze szkoły.

Seks a sprawa turecka.


Farmakologia...

...i homeopatia.

Każdy produkt lepiej się sprzedaje kiedy ma związek z przemocą, narkotykami lub seksem. Z wielkiej trójki wybieram seks, dla sławy i chwały tego bloga. Liczę na niezliczone komentarze i uściśnięcie dłoni Dody Elektrody.

Do tematu dojść musiało - w końcu przyszło mi mieszkać w kraju, gdzie sprzedają wycieraczki z napisem "In Turkey I'm beautiful".
Co fakt to fakt - większość turystek tęskni później w rodzimych krajach do tureckich zachwytów nad sobą razem z ociekającymi śliną uśmiechami trzy razy na dobę. Ja w to jednak wycieram buty i ostrzegam, że tekst będzie chwilami bardzo tendencyjny.

Jako turystka można wyjechać stąd po kilku dniach nawet z przekonaniem, że Turcy to machosi machosów i ogiery ogierów. Mieszkając tu jednak jako kobieta, sprawa wygląda o wiele bardziej skomplikowanie, wręcz zabawnie, a często przerażająco.

Po pierwsze, jeśli uwielbia się gapić na ludzi, trzeba się niestety jak najszybciej pozbyć tego hobby. Po 9 miesiącach życia tutaj wzrok już automatycznie zawieszony jest gdzieś w przestrzeń, a w głowie przeświadczenie, że uśmiech kobiety znaczy tu o wiele więcej niż mężczyzny. Chyba, że chce się być śledzonym w drodze do domu i nieustannie pytanym o numer telefonu, facebooka czy msn (to, że większość z nich nie mówi słowa po angielsku w ogóle nie przeszkadza). Kiedyś zapłaciłam kartą w księgarni, po przyjściu do domu widzę zaproszenie na FB od sprzedawcy, który moje imię znalazł na paragonie...
Trzeba się też przyzwyczaić, że kiedy kobieta załatwia jakąś poważną sprawę, jest najczęściej traktowana jako księżniczka albo głupia istota, którą da się łatwo wykorzystać. Żeby być na równi trzeba być dwa razy mądrzejszą, silniejszą i sprytniejszą.


Ale piszę to jako yabanci (obcokrajowiec), i z jedenj strony mam lepiej, bo na więcej mogę sobie pozwolić, a z drugiej jako kobieta "z Zachodu" muszę uważać na opinię łatwej ignorantki (również ze strony tureckich dziewczyn, które są w większości chorobliwie zazdrosne).
Jednak na zaczepki i niedawanie spokoju tureckich facetów narzekają też Turczynki, i co ważniejsze - Turcy-mężczyźni. Narzekają, bo głównymi bohaterami tych zachowań są najczęściej niewykształceni ludzie z tradycyjnych domów.
Istnieje też mnóstwo określeń na poszczególny typ 'machosów', np:

abaza - facet śliniący się na widok dziewczyn, ale nie mający żadnego doświadczenia
amelle - budowlaniec, robotnik, który umila sobie czas zaczepiając dziewczyny
kıro - typ koszula Dolce&Banana, żel na włosach, spiczaste buty i złoty łańcuch na owłosionej klacie
maganda - bardziej agresywny kıro, może robić awantury, mieć nawet broń.


Im religia odgrywa większą rolę, tym frustracja seksualna silniejsza. Edukacja seksualna w Turcji nie istnieje.
Turecki 'Raport Kinseya', który przeprowadził dziennik Hürriyet w 2005 r. na próbie prawie 3000 osób w 17 prowincjach kraju, odkrywa dość ciekawe wyniki.
9 na 10 osób nigdy nie miało 'oficjalnej' edukacji, ze szkoły czy rodziny, gdzie sex to temat tabu. Wszyscy czerpią informacje z zachodnich filmów i tv, znajomych i "eksperytmentów". 40% mężczyzn nie miało pojęcia co to jest menopauza, a tylko jeden mężczyzna w badaniu miał właściwe pojęcie o spermie. Najmniej rozpoznawalnym organem wśród obu płci była łechtaczka i po badaniu turecki komik Metin Üstündağ skomentował w swój sposób, że "większość kobiet w Turcji myśli, że łechtaczka to stolica Singapuru".

Młodzi ludzie w Turcji, nawet w Stambule, który jest też bardzo liberalny, nowoczesny i zachodni, mają duże problemy żeby się spotykać, chodzić na randki, szczególnie jeśli mieszkają wciąż z rodzinami. Widziałam dziwnie zachowujące się pary w parkach, ale byłam w lekkim szoku kiedy ktoś mnie uświadomił, że dużo par uprawia seks w... budkach telefonicznych.

80% tureckich mężczyzn jest przekonanych, że nie ma problemu aby "uszczęśliwić" swoje kobiety. Jednocześnie pary mają średnio 8 minut seksu miesięcznie, 3 na 9 kobiet nie myśli o nim wcale, a połowa nie potrafi zdefiniować orgazmu.

Pierwsi partnerzy społeczeństwa tureckiego to:
1) Mąż/żona (M - 25%, K - 81% )
2) Chłopak/dziewczyna (M - 27%, F - 13% )
3) Prostytutki (M - 27%!, F - 0% )

W patriarchalnych rodzinach tureckich wciąż istnieje archetyp idealnego syna, który będzie miał edukacji tyle ile potrzeba, ale praktyczny zawód, który przyniesie stały dochód, żonę, dużo dzieci i oczywiście idealną służbę w armii, która jest obowiązkowa dla wszystkich mężczyzn.
Islam i tutejsza kultura zakazuje prostytucji, homoseksualizmu czy transseksualizmu, dlatego Istanbul to miasto, które najłatwiej chowa również w ciemnych dzielnicach najwięcej zjawisk, o których nie śniło się żadnym poetom, nawet Adamowi Mickiewiczowi, który mieszał w jednej z nich. To co zakazane, jest bardziej atrakcyjne.
Często zagraniczne dziewczyny zaczepiane są przez tutejszych rosyjskimi pozdrowieniami. W dzień 'privet krasjiwa dziewuszka', a po zmroku 'ja ljubluje ciebie' czy 'sexy sexy'. Mają nadzieję, że spotkana dziewczyna to Rosjanka, jako że rosyjskie dziewczyny mają opinie prostytutek. 'Natasza' po turecku oznacza prostytutka i biedne są Rosjanki o tym imieniu, które przyjeżdżają jako turystki do Turcji...

Mówi się, że w Stambule mieszka największa liczba gejów i tranwestytów w Europie i ciężko w to nie uwierzyć, po tym co tu widziałam na ulicach.
Najbardziej zaskakującą scenę widziałam chyba w głównym oddziale tureckiej policji, czekając w kilometrowej kolejce do okienka po pieczątkę w książeczce o pozwolenie na pobyt.
Dwie przystojne transwestytki zaczęły ze zniecierpliwienia nagle krzyczeć:
-Uciekajcie stąd ludzie, uciekajcie z tego kraju!
Czy dostały pieczątkę później, nie wiem - szybko opuściły budynek. W sumie - musiały.

I anegdotka od znajomego:
Stambuł. Mężczyzna zatrzymuje samochód koło prostytutki i przygląda jej się z zaciekawieniem.
- Ja cię skądś znam! Na pewno znam twoją twarz.
- Może byłeś na Sadri Alisik Sokak w Sahra Bar?
- Nie...
- Może Hotel Arafat?
- Nie... A słuchaj w której jednostce armii służyłeś?
- W Ankarze.
- Murat?!
- Teraz jestem Don Bella.

sobota, maja 23, 2009

Gdzie diabeł mówi dobranoc, a anioł włącza budzik.




-Mówi konsul ambasady Polski z Ankary. Zgłoszono nam, że podróżuje pani autostopem po Wschodzie Turcji.
- Taaaaak, ale wszystko jest w porządku i nie jestem sama
- w końcu odbieram telefon, po siedmiu nieudanych próbach nieznanego numeru. Siedzę na pace ciężarówki.
- Ostrzegam panią i odradzam. To dziki i niebezpieczny kraj. Wie pani co stało się w zeszłym roku z Włoszką, która jeździła tam stopem? Została zabita!
- Tak, wiem i dziękuję za ostrzeżenie, będziemy to mieć na uwadze. A może mi pan powiedzieć skąd o nas wie?
- Przyszedł tu jakiś Turek, był bardzo zdenerwowany.


Historia, o której wspomniał konsul to przypadek Włoszki-artystki, która w proteście przeciwko przemocy i nierównemu traktowaniu kobiet podróżowała w sukni ślubnej autostopem z Mediolanu do Izraela. Dotarła tylko do Turcji...
Turek, który poinformował ambasadę o naszej wyprawie to tata znajomego, który w Ankarze podwiózł nas na autostradę i jak każdy kierowca, chciał dać nam pieniądze na bilet autobusowy.
A moja współtowarzyszka to Kami, druga taka, która w ostatnich tygodniach dużo przeżyła i nie miała nic do stracenia.

Po analizie sytuacji stwierdzamy, że nic, tylko jedziemy. Mamy otwartość na ludzi, ale ograniczone zaufanie. Nie mamy dziwnych kostiumów, ale wyglądamy jak typowe podróżniczki nie szukające przygód. Mamy plan - nie mamy dużo czasu (niestety). Nie mamy pieniędzy - mamy notatnik, aparat i podstawy tureckiego.

To wystarczyło, żeby szczęśliwie, a często wręcz w euforii przejechać w sumie 2000 km kilkoma samochodami. Wystarczyło, żeby nie czekać dłużej niż 4 minuty na zatrzymanie się samochodu. Żeby poznać przekrój tureckiego społeczeństwa - od kierowców tirów przez lekarzy do pilotów armii tureckiej. Wystarczyło, żeby być zapraszanym przez wszystkich do spania w ich rodzinnych domach i korzystania z couchsurfingu bez wysyłania zapytań o nocleg. Wystarczyło, żeby mieć tyle szczęścia, żeby czuć się bezpiecznie, a wręcz wyjątkowo. I wciąż nie wiem czy to przez to, że głupi ma zawsze szczęście czy rzeczywiście Turcja to najlepszy kraj na świecie do autostopu.
Choć oczywiście nie obeszło się bez przygód.

W Malatyi, stolicy moreli, przywitał nas morelowy Obama (proszę powiększyć plakat i porównać kolory moreli).

Pech zawsze pojawiał się wieczorem, a znikał nad ranem. Dwa razy przez zepsute ciężarówki, w nocy, awaryjnie musieli nas odbierać z dziwnych miejsc nasi couchsurfingowi hości. Umierałyśmy z zimna zasypiając w schronisku koło wejścia na szczyt Nemrut Dagi. O 3 rano ktoś sekretnie zmusił nas - dwie trzęsące się owsiki ubrane na cebulę - do wstania, wspięcia się na szczyt po raz drugi i przeżycia jednego z najpiękniejszych wschodów słońca w życiu. Wylądowałyśmy też przez przypadek na pustkowiu, gdzie nie było żywego ducha, a tym bardziej samochodu. Ktoś, kto czuwał wysłał do nas patrol policyjny, który łapał dla nas autobusy i nakazywał kierowcom brać nas 'na pokład' bez pieniędzy.

Kamienne głowy bogów na szczycie Nemrut Dagi, zwane ósmym cudem świata, zaczęły budzić się z zimowego snu.

Fatih, student z Malatyi, który nas u siebie gościł, zapytał w pewnym momencie:
- Wszystkie kobiety w Polsce są takie?
- Jakie?
- Jednej nocy przyjeżdżam w góry Malatyi na stację benzynową gdzie widzę was grające w bierki i pijące herbatę z obsługą. Drugiej schodzę z wami ze szczytu Nemrut Dagi w deszczu i błocie i czasie kiedy jest to jeszcze teoretycznie niemożliwe. Potem jestem świadkiem jak z obsługą schroniska negocjujecie nocleg niemalże do zera i nie wracacie z nami żeby rano w mrozie wspiąć się jeszcze raz. Ja nigdy nie widziałem czegoś takiego!
- Ale my jesteśmy całkiem normalne i wiesz, kiedy kobieta czegoś chce, to sobie poradzi...
- Wasz kraj musi być szalony! Nigdy nie chciałbym mieć dziewczyny z Polski!
- Dlaczego czujemy się tak bezpiecznie z tobą, Fatih
- śmiejemy się.

Słoneczne, męskie popołudnie w Diyarbakir.

Dużo bym dała żeby zobaczyć zdjęcia zrobione przez tego chłopca z Diyarbakir. Na jednym z nich jestem ja...

Śmiech jednak trzeba było też czasem schować do kieszeni.

W Diyarbakir, gdzie 90% mieszkańców to Kurdowie, a 70% z nich popiera paraterrorystyczną partię PKK, rozmawiamy z nauczycielem praw człowieka w podstawówce. Eray przekonuje nas, że to jest to czego potrzeba temu społeczeństwu i że zamachy najczęściej prowokuje armia turecka. W pierwszą część wierzymy, w drugą mniej. Tego samego dnia, kiedy zachwycałyśmy się murem obronnym Diyarbakir i starym miastem, wróciłyśmy do Stambułu. Po otwarciu wiadomości okazało się, że wtedy też 30 km od miasta był zamach terrorystyczny, w którym zginęło kilku cywilów.

Symbol pokoju w Mardinie.

Nigdy nie zapomnimy też czasu z Muratem, który był naszym przewodnikiem i hostem w bajecznie pięknym Mardinie, oprowadzał po jego bazarach i starożytnych ruinach. Murat jest pediatrą znającym każdego dzieciaka na ulicy, typ-społecznik-superman. Opowiada nam o odbiorze porodu dzień wcześniej 16-tego dziecka Kurdyjki. Tam to norma - ludzie wierzą, że im więcej dzieci, tym kobiety zdrowsze. Zapewnienie im podstawowych warunków póżniej to drugorzędna sprawa.
- Wiesz, tu się trzeba uodpornić. Ja się śmieję, że codziennie ktoś sika mi w twarz, a ja to wciąż nazywam powołaniem.

Tydzień po powrocie do Stambułu czytamy w gazecie o masakrycznym weselu koło Mardinu, na którym wskutek rodzinnego terroryzmu ginie 45 osób, w tym wiele kobiet i dzieci.
Sms do Murata: Jak się czujesz, wszystko u Ciebie w porządku?
Odpowiedź: Przypadkowo ominęło mnie udzielanie pierwszej pomocy, jestem w domu rodzinnym w Adanie. W tym kraju już nic mnie nie zaskoczy.

niedziela, maja 03, 2009

Eastanbul

Dzielnica Fatih, Istanbul.

Stare Miasto w Diyarbakir, Wschodnia Anatolia. 90% mieszkańców miasta stanowią Kurdowie, ale ciężko podać ich dokładną liczbę.

Tarlabaşı, Istanbul - tuż obok nocnego centrum miasta.

Diyarbakir, Stare Miasto.

Fatih, Istanbul.

Stare Miasto, Diyarbakir.

Tarlabaşı, Istanbul. Tu przed śmiercią mieszkał Mickiewicz, tu zmarł i tu ma teraz swoje muzeum.

Dzieciaki szaleją na ulicach Diyarbakir tak samo jest w Stambule.

Konflikt Wschód vs. Zachód trapi nie tylko Polaków. Turcy mają z nim o wiele większy problem i mimo że w ponad dwa razy większym państwie, granice są w skali mikro.
Nie tylko reszta świata kojarzy wschodnią część kraju z terroryzmem (teren działań PKK), dzikimi ludami i zacofaniem pod każdym względem. Żadem "porządny" Stambulczyk nie dałby sobie zapłacić za wycieczkę do Wschodniej i Południowej Anatolii. Diyarbakir? W życiu!
Cóż, ale skoro Zachód nie chce odwiedzić Wschodu, Wschód odwiedza Zachód. Spacerując po Starym Mieście w Stambule wystarczy przejść 300 metrów i znaleźć się w Starym Mieście mieszkalnym, tym gdzie pojawia się prawdziwe życie. Nie trzeba nawet przekraczać wody, która jest granicą w Warszawie między 'dobrym' a 'złym'. W Europie na wyciągnięcie ręki jest wszystko.

Dzielnica Fatih mało różni się od oficjalnej dzielnicy slamsów na Boyoglu - Tarlabaşı, z której można rzucić beret do czterogwiazdkowych hoteli Taksimu, poczuć zapachy z ekskluzywnych restauracji i posłuchać zachodnich turystów.
Mieszkańcy biednych dzielnic też są turystami, tylko 'chlebowymi'. Imigranci ze Wschodu Turcji, Iranu, Iraku, Syrii czy Afryki. Cyganie i pozostałości Greków, którzy przed nagonką na nich w latach 50. byli tu większością. Do tego sława złodziei, handlarzy narkotykami i płatnego seksu oferowanego przez kręcących się tu transwestytów. Przy "białych twarzach" zwiedzających te dzielnice zatrzymują się taksówkarze szepcząc: uciekajcie stąd, tu jest zbyt niebezpiecznie!
Przez chwilę chciałam uciec, kiedy mężczyzna zaczął za mną iść krzycząc coś za plecami.
- Madame przepraszam, zgubiła Pani szalik!

W Diyarbakir, prawdziwej wschodniej Turcji ubrałam chustę na głowę, czego nie zrobiłam nawet w Syrii czy Jordanii. Jakoś tak wygodniej, słońce nie praży i łatwiej o chwilę rozmowy z ludźmi na ulicy...
Bo oprócz tego co chowa się tam po kątach, można nacieszyć się też w takich miejscach najgłębszymi kolorami i najszczerszymi uśmiechami, najciekawszymi historiami i najoryginalniejszą architekturą (mimo że zaniedbaną). Można podpatrzeć cichą rewolucję w stambulskich dzielnicach biedoty, którą zaczęli artyści doceniający niskie czynsze i teraz zmieniający otoczenie. Można się też przekonać, że są miejsca w konserwatywnych tureckich środowiskach, gdzie widać na ulicach więcej kobiet niż mężczyzn. I trzeba uważać.


Najlepsze latte w Turcji piłam w Diyarbakir. Wiecie, w tej kawiarni Mayhve, sąsiadującej za rogiem z Diorem.

środa, kwietnia 22, 2009

Po drugiej stronie cypryjskiego lustra

Raj?

Duże pieniądze za dużymi hotelami.

Prawdziwa mieszkanka Cypru odnaleziona! I nawet ona mówiła po angielsku...

Cypryjczycy kłócą się też z Turkami o pochodzenie kawy. Cóż, i tak obie są importowane z Brazylii.

Podczas gdy zachodni emeryci wygrzewają się w słońcu przemierzając dziennie drogę w kształcie trójkąta bermudzkiego: hotel-plaża-restauracja, podczas gdy biznesmeni przyjeżdżają do kurortów na Cyprze polując na rosyjskie prostytutki, ruletki w kasynach pocą się od kręcenia, a młodzi Polacy smażą frytki do podania z tradycyjną rybą z importu, tu rządzi też prawdziwa polityka podziałów i dzieje się historia.
Cypr grecki i Cypr turecki. Południowy-zachodni i północny-niewiadomo jaki, przez południowców nazwany okupowanym (Turecka Republika Cypru Północnego, nieuznawana na arenie międzynarodowej). Mieszkańcy Nikozji żyją na co dzień z granicą w srodku miasta i patrzą na tablicę "the last divided capital". Zapędzą się za daleko na rowerze - stop, zabłądzą samochodem - mur. Turkom nawet paszport nie pomoże w dostaniu się do drugiej częsci miasta i 20 metrów od ich meczetów, sklepów z polanymi kwasem jeansami, sliskimi koszulami czy kebabami macha im już Unia Europejska, gdzie nie wypada powiedzieć w sklepie 'Merhaba'.
Dyskusja na temat rozwiązania problemów na wyspie trwa od lat 60. i choć plotki o połączeniu obu częsci zataczają coraz szersze kręgi, jak do tej pory ani ONZ ani UE ani same rządy obu stron, nie pomogły.
Co w takim razie się dzieje na Cyprze? Powstają kolejne brzydkie hotele przy plażach i obie strony walczą o turystów, którzy napędzają koniunkturę poza politycznymi podziałami. Ciężko nadążyć Turkom za europejskimi standardami i nawet jesli przykład mają na wyciągniecie ręki, granica przeszkadza w usunięciu 'fake' metek.


W sobotni wieczór zagubiłam się po tureckiej stronie Nikozji i pamiętając tylko dwa detale mojego hotelu - że miał zielone drzwi, a manager szparę między zębami - błądziłam 2h po nieoswietlonych ulicach miasta, gdzie żadna restauracja nie była otwarta. Wystarczyło przekroczyć magiczną graniczną linię z Cyprem własciwym żeby cieszyć się porządnym latte i krzywić na ceny w euro w jednym z wielu otwartych i pełnych lokali.
A jak odnalazł się hotel? Jak to w Turcji - trzeba zapytać odpowiednią osobę i atrybuty managera+kolor drzwi wystarczą żeby zlokalizować zgubę.

I jeszcze scenka rodzajowa z Cypru europejskiego:
Czekam na autobus Larnaca-Nikozja. Godzinę, dwie, trzy... Rozkład okazuje się aż za bardzo orientacyjny, a para niemieckich emerytów bardzo zniecierpliwiona (narodowosć nie ma tu znaczenia). Po krótkiej pogawędce z nimi, pytaniach kiepskim angielskim czy jestem z Rosji i zdziwieniu, że z Polski i nawet po niemiecku się odzywam, idą sprawdzić samochody do wynajmu. Wracają oburzeni, że nie skorzystają nigdy z usług innej firmy niż Hertz i idą na sniadanie, a ja czekam na warcie. Pojawia się młody chłopak, który oferuje swój samochód za cenę zbliżoną do biletu autobusowego. Informuję o tym emerytów, ochoczo zgadzają się na ofertę, mimo że to nie Hertz. Szybko jednak zmieniają zdanie kiedy podchdzą do samochodu i widzą, że chłopak ma afrykańskie pochodzenie. Nagle jeep okazuje się za ciasny, a dzień wystarczająco długi żeby poczekać na autobus.

Jakos tak jednak z ulgą wróciłam do Turcji.

piątek, stycznia 30, 2009

Swetry na bazarze już przecenione.




W Stambule już wiosna (choć kapryśna jak turecka gwiazda). A jako, że to dziwne uczucie w styczniu, w poszukiwaniu prawdziwej zimy i spełnienia marzeń, jutro pociąg go Karsu, a stamtąd do Gruzji i Armenii!

wtorek, grudnia 30, 2008

Miejskie zabawy








Postać w czerwonej burce pojawiła się na głównej ulicy Stambułu Istiklal Caddesi w południe w dzień wigilijny. Pogoda nie sprzyjała jej gołym stopom, a ofiarowała nawet 10 minut śniegu w czasie prawie 40-minutowego spaceru. Co się jednak okazało większym zaskoczeniem to reakcja otoczenia - nad wyraz nie ekstremalna i całkiem codzienna. Cmokania, zdjęcia komórkami, zaczepki nastolatków, przystawanie ze zdziwienia. Obojętność też i to również ze strony policji, z która spodziewaliśmy się spędzić Boże Narodzenie.
Czyżby Turcy zdali egzamin? A może nie zrozumieli?

W roli głównej: Julia Kurek (ASP Gdańsk)
Kamery: Kasia Zegarska i Martin Betz
Zdjęcia: Regina Kozyra