Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autostop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autostop. Pokaż wszystkie posty

środa, sierpnia 19, 2009

Drogi motyw.


Najlepsza kawa i lody w Niszu, dzięki Marcinowi Be, spotkanemu tam przypadkiem. (stary radziecki aparat Zorki4)

Bałkański koncert na bazarze w Niszu, Serbia. (aparat Zorki4)

Sarajelove. (Zorki4)

"Obywatel świata" zawsze brzmiał mi obco i sztucznie. "Światowiec"? "Europejczyk"? Nigdy nie zazdrościłam komuś, kto miał to wstawione w rubryce obok nazwiska. Jako dziecko podkochiwałam się w Włóczykiju, a kiedy poznałam prawdziwych obieżyświatów-nomadów, którzy podróżują bez przerwy od kilku lat, skrycie im trochę zazdrościłam. A jednocześnie zawsze otwarcie cieszyłam się, że potrafię określić swoje korzenie, krąg kulturowy i przede wszystkim - bazę.
Z drugiej strony reprezentantka polskości ze mnie kiepska. Wódki specjalnie nie lubię, a gdy obcokrajowcy chwalą się, że potrafią powiedzieć po polsku 'kurwa', 'na zdrowie' albo 'jak się masz kochanie', jestem zwyczajnie zażenowana. Nie prężę się bezwarunkową dumą na nazwisko Lech Wałęsa i nie należę do pokolenia JP2, tak samo jak nie wzruszam się na pochodach reprezentacyjnych wojska polskiego.

Polskość łapie wtedy kiedy nic innego nie pomaga lub gdy się o niej zapomni. Był taki czas, jeszcze w Stambule, że wisiało nade mną fatum - dramatyczne przeprowadzki, puste kieszenie, ukradzione złudzenia i strata wiary w ludzi.
Siedzenie w ciemnej kinowej sali zawsze było receptą na problemy i wtedy też pomógł Istanbul Film Festival. Jednego seansu nie zapomnę nigdy. Film "Somers Town" i jego ciepła historia z przedmieść Londynu o przyjaźni angielsko-polskiej i miłości rodzicielskiej z polskim wątkiem robotniczym w tle. Z ekranu dużo polskich słów, również tych zbyt polskich. Byłam pewnie jedyną osobą na sali, która rozumiała te polskie podchmielone niuanse, nieśmiałą polskość w twardym akcencie i zapewne jedyną osobą, która przeryczała cały seans filmu, który był na wskroś wesoły i optymistyczny.

Najcudowniejsze w podróżach są niespodzianki. Choćby to, że tuż za granicą bułgarską w Serbii głodni nie mogliśmy złapać żadnego stopa i podjechał starszy pan na rowerze z siatkami pełnymi jedzenia, reklamując się: Mini Market! A chwilę później, kiedy już zrezygnowani rozbijaliśmy w polu namiot, podjechała nagle ciężarówka z krzyczącym tureckim kierowcą: Całą Bułgarię was śledziłem i zastanawiałem kiedy będę mógł w końcu zgarnąć!
W mieście Nisz w Serbii spotkałam znajomego z uczelni niewidzianego od ok. 2 lat - wprowadził się tam na dłużej 3 dni wcześniej. Nagle mamy towarzystwo, prysznic i kto by pomyślał, że będziemy brać udział w przygotowaniach do domówki w Niszu?
Czarnogóra powaliła. Zrobiła wrażenie jednego z najpiękniejszych miejsc na ziemi. Podobnie jak Bośnia&Herzegowina, która niesamowicie też zafascynowała.
W nocnym pociągu Belgrad-Budapeszt spotykamy w przedziale muzyka z Izraela, który jedzie do Berlina na trasę koncertową zorganizowaną mu przez jedną z Couchsurferek. Nie muszę mówić, że okazało się, że znamy te same osoby. Takich historii jest setki. Choć są możliwe, to przecież nieprawdopodobne. I racjonalnie każą przestać wierzyć w przypadki.
Z Budapesztu miał być już oficjalny pociągowy odcinek Budapeszt-Kraków, a później już do korzeni na Podkarpacie. Zaskakująco, pociąg z Budapesztu zlikwidowany. Więc co? Autostop do końca!

Kotor, Czarnogóra.


Ostatnie zdjęcie na kliszy z aparatu Zorki4. Arbuzy przy węgiersko-słowackiej granicy.

Droga jest pełna niespodzianek, uświadamia też co jest najdroższe.
Kiedy jeszcze w kwietniu zasypiałam w Diyarbakir na Wschodzie Turcji, poleciały mi drugi raz łzy z polskości. Nasz gospodarz z Couchsurfingu najpierw włączył krótki film, mówiąc: Polska jest rajem. Na ekranie kamera szła przez gęsty, zielony las, rejestrując śpiew ptaków.
Później Eray włączył muzykę. Stare kobiety z Lubelszczyzny zaczęły śpiewać "Za bujne bory za bujne lasy" i o tym, że Jasiu poznał Marysię i że żniwa się zaczęły. No i gdzież tu ryczeć po usłyszeniu zawodzeń starych bab. To właśnie takie płakanie, którego obywatel świata nie zrozumie. I płakanie i łzy po polsku muszą mieć choćby 'ł'. Lulu dzicie lulu, wyły baby.

piątek, sierpnia 14, 2009

Człowiek strzela, a Allah kule nosi.

Miasto Mostar - nowe i stare.


Bardzo łatwo można było zostać kowbojem-bohaterem w Jugosławii. Para jeansów i buty w szpic generalnie załatwiały sprawę. A jak do tego jadło się banana, prawdziwy John Wayne mógł się schować. Już wcześniej Stalin, przerażony wizją podbicia Wschodu przez agentów Dzikiego Zachodu, zlecił zabić Johna Wayne'a, aktorską legendę westernów. Morderców schwytano i był to powód Rosjan do wyparcia się próby zbrodni. No bo jak to, przecież w Rosji wszystko jest najlepsze: gimnastyczki, rakiety kosmiczne, jak i seryjni mordercy - którzy nigdy nie daliby się złapać na gorącym uczynku.

We wszystkich krajach z wpływem sowieckiej dyktatury pożądanie wszystkiego co z Ameryki było na równi z oficjalną krytyką zachodniego świata. I na równi ze współczesnym rozczarowaniem kapitalizmem i tęsknotą za czasami Tito.
-To jest jakiś absurd. Wszyscy chcą z powrotem czasów kiedy nic nie mieli. A wiesz czemu tęsknią? Bo teraz są starzy, a każdy tęskni za młodością - mówi Goran, jeden z naszych kierowców na drogach Bośni i Hercegowiny. Sam jest już na powojennej, żołnierskiej emeryturze (walczył w armii chorwackiej), ale niekoniecznie zaśpiewałby "Wesołe jest życie staruszka" (choć wybucha śmiechem co minutę), bo... ma niespełna czterdzieści lat. Poznajemy go w drodze do Sarajewa po odbiór kupionej przez internet deski windsurfingowej. Jak na emeryta ma całkiem wesoło, choć w Bośni jest wystarczająco dużo problemów żeby banan na twarzy miał zwrot w dół. Młodzi kombatanci wojenni i mnóstwo powojennych kalek (fizycznych i psychicznych), prywatyzacja która spowodowała duże bezrobocie, a korupcja w rządzie nie zmieniona wiele od czasów Tito.
Do tego ten wciąż siedzący gdzieś w środku niepokój, wewnętrzne bomby ze zgaszonymi zapalnikami, które jednak są w pogotowiu. Bo spoglądając choćby na mapę Bośni i Hercegowiny, widzimy absurdalny i katastrofalny upadek Jugosławii - oficjalne mapy są tylko w prezentacjach unijnych, a rzeczywistych granic nie potrafią wskazać nawet Bośniacy. Bośniacy, czyli Bośniacy-Muzułmanie, Bośniacy, czyli katoliccy Chorwaci i Bośniacy-prawosławni Serbowie. W 2011 r. UE ma wpisać BiH na listę krajów kandydujących do wspólnoty. I tu już zaczynają się schody - Muzułmanie i Chorwaci nie chcą zalecanego spisu powszechnego, gdzie będzie się ich pytać o narodowość, religię i język. Natomiast bośniaccy Serbowie wręcz odwrotnie, bo chcą udowodnić, że są w BiH większością. Dużą część kraju zajmuje przecież Republika Serbska, która nie jest ani oficjalną Serbią ani Bośnią, a zaczyna się na przedmieściach Sarajewa.

Najdłużej oblężona stolica świata w latach 1992-1995 żyła z kulami od bośniackich Serbów nad głowami, dochodzącymi ze wzgórz otaczających Sarajewo. Kiedy świstały pociski, a kapitalistyczne banany razem z innymi podstawowymi środkami do życia nie docierały do mieszkańców, podaży kultury nie przestał zapewniać Sarajevo Youth Theater. Z połową obsady i dyrektorem Nerminem Tulićem, który w pierwszym roku oblężenia stracił obie nogi, nie zamknął swoich drzwi ani na chwilę. Susan Sontag wyreżyserowała tutaj w 1993 r. "Czekając na Godota" i stwierdziła, że tę sztukę Beckett stworzył jakby specjalnie dla tego miasta. Mieszkańcy Sarajewa zawsze wiedzieli co to znaczy czekać, ale zdawali sobie też sprawę, że gdy Godot przyjdzie, będzie tylko rozczarowaniem.

Centrum Sarajewa.

O Miss Sarajevo śpiewał U2 z Pavarottim. O tym, że "Here she comes/Beauty plays the clown/Here she comes/Surreal in her crown".
Stolica w końcu doczekała się wystrzałowych restauracji, bombowych ubrań na ulicach i morowej atmosfery. Nie brakuje też bananowej młodzieży, która między bajki wkłada opowieści rodziców o tęsknocie za bananami. Współczesne Sarajewo naprawdę jest miss.

Ale mimo, że miny na twarzach morowe, te w ziemi wciąż ukryte.

Nasz pierwszy kierowca w Bośni i Hercegowinie to ubrany w mundur żołnierza trzydziestolatek z poważną, choć to bardziej chodzi o smutek, miną. Z taką miną i wielkim skupieniem... rozbraja powojenne miny.
- Pod żadnym pozorem nie rozbijajcie w Bośni na dziko namiotu.
Dziennie wystarcza mu czasu na 2-3 miny. Rozbrojenie jednej zajmuje 6 godzin. On sam pozwala się rozbroić tylko swoim dzieciom, kiedy odpoczywa w domu z rodziną.
Zdezorientowani w geografii i etnicznych podziałach Bałkanów pytamy go czy jest Bośniakiem, Serbem, a może Chorwatem?
- A co za różnica - ja człowiek.
Zastrzelił nas odpowiedzią i spuściliśmy głowy z zawstydzonymi minami. Przecież Johna Wayne'a nikt nie pytał o narodowość. Kowboj jest po prostu kowbojem i każdy o tym wie, że jest bohaterem Dzikiego Zachodu.

wtorek, lipca 07, 2009

Koniec języka za przewodnika.

Jedna z głównych ulic w Belgradzie.

Chciałabym fajnie i mądrze pisać o Bałkanach, które tak samo jak fascynują, tak i wprowadzają w konsternację. Chciałabym zrozumieć historię i politykę tych przepięknych krajów, ale nie zrozumiem czegoś, czego nie rozumieją nawet jej twórcy. I chciałabym znaleźć piękne lub chociaż odpowiednie słowa żeby opisać te odczucia. Chciałabym - pisane w czasie skazanym na niedokonanie.

Tuż po przekroczeniu granicy z Serbią rozbijamy na dziko namiot niedaleko wielkiego hotelu przy autostradzie w stronę Niszu. Na pobliskim parkingu widzimy koczujących przy samochodach Turków jadących do Niemiec i to co przed mieszkaniem w Turcji mówiłoby nam: trzymać się z daleka, teraz przekonało: dobra miejscówa. Szkoda tylko, że oni wiedzieli, że trzeba się ulotnić przed świtem. Nas śpiących w najlepsze rano budzi straż hotelowa z psami i wydaje się, że bez kary się nie obejdzie. W drodze do kasy hotelowej strażnicy nie mogą nadziwić się, że jedziemy stopem z Turcji i że to dopiero początek podróży.
- десет евра је за вас много? (10 euro jest dla was dużo?)
- Mnogo.
- To 10 minut i was tu nie ma.

Na stacji benzynowej próbuję kupić wino i w głowie też jakoś tak mnogo.
- Merhaba, one rottes Wine, pażałsta!
- A skąd ty - Turcja, Niemcy, Rosja czy Irlandia? - pyta się po serbsku sprzedawca.
- Z Polski.
- To mów po polsku, dziewczyno! - śmieje się.

Po prawie roku mieszkania i podróżowania poza granicami ojczystego języka i mieszkaniem z językiem-ojczyzną schowanym gdzieś w środku, dzieje się z człowiekiem coś, co znów określę nie swoimi słowami, a królowej słowa - Herty Müller, która w "Król kłania się i zabija", pisze o tym tak:
"To nieprawda, że na wszystko istnieją słowa. Nieprawdą jest również, że myśli się w słowach. Do dziś o wielu rzeczach myślę poza słowami (...) Obszary wewnętrzne nie pokrywają się z mową, wloką człowieka tam, gdzie nie mogą przebywać słowa (...) Wiarę, że mówienie zaradzi zamętowi, znam jedynie z Zachodu. Mówienie nie uporządkuje ani życia na polu kukurydzy, ani na asfalcie (...)
Jakie są to słowa i jak szybko musiałyby odnajdywać się i wymieniać z innymi, żeby dogonić myśli? I co znaczy: dogonić? Przecież myślenie rozmawia ze sobą całkiem inaczej, niż robią to z nim słowa".

Ani Serbowie ani Bośniacy nie potrafią jeszcze mówić otwarcie o tragedii sprzed 17 lat. Jak nazwać wojnę, mordy, gwałty i zbrodnie? Brak słów. Słowa w myślach, ale gdzieś poza słowami. Za to manifestacje językowe wyrażane są nie głośno, ale bardzo widocznie - w Serbii w miejscach publicznych zamazane nazwy łacińskie, w Bośni&Herzegowinie - cyrylica.
Od kiedy Bułgaria jest w UE i bułgarski w cyrylicy jest jednym z języków urzędowych UE, dyskutuje się też nad przyszłymi banknotami euro - w ogólnym obiegu będzie najpewniej eвро, tak jak teraz jest choćby greckie ευρώ. Języki są teraz o wiele bardziej mobilne niż kiedyś. Weźmy choćby Czarnogórę, która oficjalnie, choć nielegalnie przyjęła euro - bez swoich narodowych nadruków, choć większość mieszkańców Montenegro myśli w serbskiej cyrylicy.

Bośnia&Herzegowina - zamazana serbska nazwa miasta Jablanica.

Herta Müller:
"Język macierzysty oddaje się ustom gratis i nie uczymy się go świadomie. Po prostu jest, tak bezwarunkowo jak własna skóra. I równie łatwo jak ją można go zranić, jeśli jest przez innych pogardzany, lekceważony czy zostaje wręcz wzbroniony".

Na ulicznych ścianach Belgradu słowami wyrażany jest stosunek do odłączenia się ostatniej prowincji byłej Jugosławii - Kosowa. W zeszłym roku, kiedy Kosowo ogłosiło niepodległość, na murach, sprzedawanych na ulicach czapeczkach i na ustach demonstrujących w stolicy Serbii pojawiło się hasło: "Kosowo je Serbia". Niektórzy mieszkańcy Kosowa mogli go nie zrozumieć w cyrylicy - sami w końcu mówią i myślą po albańsku.

Główny deptak w Belgradzie.

Herta Müller:
"Język macierzysty nic na tym nie traci, kiedy jego przypadkowość stanie się widoczna w oglądzie innych języków. Wręcz przeciwnie, wystawienie własnej mowy na spojrzenia obcej prowadzi do bardziej wiarygodnego związku, do niewymuszonej miłości. Nigdy nie kochałam mojego języka macierzystego, ponieważ jest lepszy, lecz dlatego, że jest bardziej swojski".

Nie ma większej wewnętrznej euforii, gdy usłyszy się po długim czasie słowa, których brakowało. Gdy jeszcze w Stambule odwiedzili mnie przyjaciele, słowa typu 'ambaras', 'dzielnia' czy 'kaczka-dziwaczka' smakowały jak kabanosy albo ptasie mleczko. I nie chodzi tu nawet o mówienie w narodowych literach - w końcu odwiedzali mnie też przyjeciele ze Szwecji czy Niemiec. Chodzi o myślenie tymi samymi słowami w języku ponad słownikami, których często nie trzeba wypowiadać głośno, a rozumie się doskonale.

Od Serbii już do końca podróży wypowiadamy prawie wyłącznie polskie słowa. Śmiesznie rozmawiało się po słowiańsku np. z muzułmańskimi Bośniakami. Coraz cieplej było też czując coraz bliżej granicę, za którą niuanse językowe schowane głęboko będą zrozumiałe. A jednocześnie rosła obawa - czy po przeżyciu tylu rzeczy to będzie wciąż ten sam język? Czy będzie zrozumiały?

Wyszło dziś jakoś tak bardzo poważanie. Ale w Serbii naprawdę dużo się gra i tańczy, a Serbki to najelegantsze i najbardziej zadbane kobiety jakie widziałam. Słowo daję. Możecie też trzymać mnie za słowo, że będzie więcej o Bośni&Herzegowinie - słowo się już rzekło.

sobota, maja 23, 2009

Gdzie diabeł mówi dobranoc, a anioł włącza budzik.




-Mówi konsul ambasady Polski z Ankary. Zgłoszono nam, że podróżuje pani autostopem po Wschodzie Turcji.
- Taaaaak, ale wszystko jest w porządku i nie jestem sama
- w końcu odbieram telefon, po siedmiu nieudanych próbach nieznanego numeru. Siedzę na pace ciężarówki.
- Ostrzegam panią i odradzam. To dziki i niebezpieczny kraj. Wie pani co stało się w zeszłym roku z Włoszką, która jeździła tam stopem? Została zabita!
- Tak, wiem i dziękuję za ostrzeżenie, będziemy to mieć na uwadze. A może mi pan powiedzieć skąd o nas wie?
- Przyszedł tu jakiś Turek, był bardzo zdenerwowany.


Historia, o której wspomniał konsul to przypadek Włoszki-artystki, która w proteście przeciwko przemocy i nierównemu traktowaniu kobiet podróżowała w sukni ślubnej autostopem z Mediolanu do Izraela. Dotarła tylko do Turcji...
Turek, który poinformował ambasadę o naszej wyprawie to tata znajomego, który w Ankarze podwiózł nas na autostradę i jak każdy kierowca, chciał dać nam pieniądze na bilet autobusowy.
A moja współtowarzyszka to Kami, druga taka, która w ostatnich tygodniach dużo przeżyła i nie miała nic do stracenia.

Po analizie sytuacji stwierdzamy, że nic, tylko jedziemy. Mamy otwartość na ludzi, ale ograniczone zaufanie. Nie mamy dziwnych kostiumów, ale wyglądamy jak typowe podróżniczki nie szukające przygód. Mamy plan - nie mamy dużo czasu (niestety). Nie mamy pieniędzy - mamy notatnik, aparat i podstawy tureckiego.

To wystarczyło, żeby szczęśliwie, a często wręcz w euforii przejechać w sumie 2000 km kilkoma samochodami. Wystarczyło, żeby nie czekać dłużej niż 4 minuty na zatrzymanie się samochodu. Żeby poznać przekrój tureckiego społeczeństwa - od kierowców tirów przez lekarzy do pilotów armii tureckiej. Wystarczyło, żeby być zapraszanym przez wszystkich do spania w ich rodzinnych domach i korzystania z couchsurfingu bez wysyłania zapytań o nocleg. Wystarczyło, żeby mieć tyle szczęścia, żeby czuć się bezpiecznie, a wręcz wyjątkowo. I wciąż nie wiem czy to przez to, że głupi ma zawsze szczęście czy rzeczywiście Turcja to najlepszy kraj na świecie do autostopu.
Choć oczywiście nie obeszło się bez przygód.

W Malatyi, stolicy moreli, przywitał nas morelowy Obama (proszę powiększyć plakat i porównać kolory moreli).

Pech zawsze pojawiał się wieczorem, a znikał nad ranem. Dwa razy przez zepsute ciężarówki, w nocy, awaryjnie musieli nas odbierać z dziwnych miejsc nasi couchsurfingowi hości. Umierałyśmy z zimna zasypiając w schronisku koło wejścia na szczyt Nemrut Dagi. O 3 rano ktoś sekretnie zmusił nas - dwie trzęsące się owsiki ubrane na cebulę - do wstania, wspięcia się na szczyt po raz drugi i przeżycia jednego z najpiękniejszych wschodów słońca w życiu. Wylądowałyśmy też przez przypadek na pustkowiu, gdzie nie było żywego ducha, a tym bardziej samochodu. Ktoś, kto czuwał wysłał do nas patrol policyjny, który łapał dla nas autobusy i nakazywał kierowcom brać nas 'na pokład' bez pieniędzy.

Kamienne głowy bogów na szczycie Nemrut Dagi, zwane ósmym cudem świata, zaczęły budzić się z zimowego snu.

Fatih, student z Malatyi, który nas u siebie gościł, zapytał w pewnym momencie:
- Wszystkie kobiety w Polsce są takie?
- Jakie?
- Jednej nocy przyjeżdżam w góry Malatyi na stację benzynową gdzie widzę was grające w bierki i pijące herbatę z obsługą. Drugiej schodzę z wami ze szczytu Nemrut Dagi w deszczu i błocie i czasie kiedy jest to jeszcze teoretycznie niemożliwe. Potem jestem świadkiem jak z obsługą schroniska negocjujecie nocleg niemalże do zera i nie wracacie z nami żeby rano w mrozie wspiąć się jeszcze raz. Ja nigdy nie widziałem czegoś takiego!
- Ale my jesteśmy całkiem normalne i wiesz, kiedy kobieta czegoś chce, to sobie poradzi...
- Wasz kraj musi być szalony! Nigdy nie chciałbym mieć dziewczyny z Polski!
- Dlaczego czujemy się tak bezpiecznie z tobą, Fatih
- śmiejemy się.

Słoneczne, męskie popołudnie w Diyarbakir.

Dużo bym dała żeby zobaczyć zdjęcia zrobione przez tego chłopca z Diyarbakir. Na jednym z nich jestem ja...

Śmiech jednak trzeba było też czasem schować do kieszeni.

W Diyarbakir, gdzie 90% mieszkańców to Kurdowie, a 70% z nich popiera paraterrorystyczną partię PKK, rozmawiamy z nauczycielem praw człowieka w podstawówce. Eray przekonuje nas, że to jest to czego potrzeba temu społeczeństwu i że zamachy najczęściej prowokuje armia turecka. W pierwszą część wierzymy, w drugą mniej. Tego samego dnia, kiedy zachwycałyśmy się murem obronnym Diyarbakir i starym miastem, wróciłyśmy do Stambułu. Po otwarciu wiadomości okazało się, że wtedy też 30 km od miasta był zamach terrorystyczny, w którym zginęło kilku cywilów.

Symbol pokoju w Mardinie.

Nigdy nie zapomnimy też czasu z Muratem, który był naszym przewodnikiem i hostem w bajecznie pięknym Mardinie, oprowadzał po jego bazarach i starożytnych ruinach. Murat jest pediatrą znającym każdego dzieciaka na ulicy, typ-społecznik-superman. Opowiada nam o odbiorze porodu dzień wcześniej 16-tego dziecka Kurdyjki. Tam to norma - ludzie wierzą, że im więcej dzieci, tym kobiety zdrowsze. Zapewnienie im podstawowych warunków póżniej to drugorzędna sprawa.
- Wiesz, tu się trzeba uodpornić. Ja się śmieję, że codziennie ktoś sika mi w twarz, a ja to wciąż nazywam powołaniem.

Tydzień po powrocie do Stambułu czytamy w gazecie o masakrycznym weselu koło Mardinu, na którym wskutek rodzinnego terroryzmu ginie 45 osób, w tym wiele kobiet i dzieci.
Sms do Murata: Jak się czujesz, wszystko u Ciebie w porządku?
Odpowiedź: Przypadkowo ominęło mnie udzielanie pierwszej pomocy, jestem w domu rodzinnym w Adanie. W tym kraju już nic mnie nie zaskoczy.

czwartek, maja 08, 2008

Kanikuły (weekend majowy Litwa, Łotwa)





W dzikich europejskich krajach autostop mimo pierwszego wrażenia też działa, chociaż wszystko jest to oczywiście sponsorowane przez św. Krzysztofa.

niedziela, maja 06, 2007

100% i w ogóle

monachium...

mediolan...


...i barcelona

Warszawa- Wrocław- Goerlitz- Chemitz- Hof- Norymberga- Monachium- Innsbruck- Verona- Bergamo- Mediolan- Genova- Sevona- Monte Carlo- Cannes- Narbonne- Perpignan- Barcelona- Lipsk- Oleśnica- Wrocław- Warszawa

2x2 osoby, 22 samochody, 2 pociągi (Bergamo-Milano i Wrocław-Warszawa), 1 samolot (Barcelona-Lipsk), 100 euro all included, 7 krajów, 2960 km x 2 i przekraczanie granic dążące do nieskończoności...

- Gdyby to wszystko opisać w jakiejś książce...
- ... to nikt by nie uwierzył.